Bitwa o literaturę. Co nam zostało po żeromszczykach?

prowadzenie: Jerzy Sosnowski gość: Marian Płachecki

Zapis z dnia: 24 października 2017 godz: 18:00:00

14 października 1864 roku urodził się Stefan Żeromski. Przez wiele lat prawdopodobnie najważniejszy prozaik polski, wychowawca, o ile nie twórca, polskiej inteligencji. Dziś, gdyby nie listy lektur szkolnych, prawdopodobnie miałby już bardzo niewielu czytelników. Coś się skończyło – choć mnie zdarzyło się jeszcze (trzydzieści lat temu) spotykać człowieka, który przedstawiał się: „jestem żeromszczykiem”. Znaczyło to przywiązanie do specyficznego etosu, związanego z odpowiedzialnością za stan społeczeństwa, z gotowością do szerzenia oświaty i – używając świadomie anachronicznego języka – z entuzjazmem dla idei wolontariatu. No właśnie: czy idee Żeromskiego jednak w jakiejś mierze nie przetrwały? I czy jego powieści będą jeszcze kiedyś czytane?
Jerzy Sosnowski

Legendarny Marian Płachecki”. Legendarny..?
Bo nikt o nim nie słyszał. Przez ćwierćwiecze przemykał po korytarzach Pałacu Staszica. Widywano go w jedynej w Warszawie przychylnej człowiekowi bibliotece Instytutu Badań Literackich PAN. Przez cztery lata widywano go na ulicy Spui w Amsterdamie, gdy wpadał lub wypadał z czeluści modernistycznego uniwersiteitu. Słowa „spui” przez cztery lata nie był w stanie nauczyć się wymawiać. Potem widywano go w Białymstoku i Kielcach, gdzie nadal, nieustępliwie, robił swoje. Widywano go też przez rok prawie w enerdowskim baraku „Polityki” sprzed kilkunastu lat, przez cztery lata w wystawnych wnętrzach Banku Handlowego przy ul. Traugutta w Warszawie, a także biegającego z parteru na wysokie piętro po wąskich schodach kamienicy przy Długiej, zajętej pod Naczelną Dyrekcję Archiwów Państwowych, zanim właścicielom nie udało się staromiejskiego zabytku odwojować.
Od dobrych paru lat kręci się po praskim Kamionku. Kiedy idzie, zdarza mu się nucić albo pogwizdywać, gdy słońce wyjdzie. Słuchawek we wszelkiej postaci nie znosi i nie nosi. W ekranie telefonu grzebie z czytelną odrazą.
Kiedy podczas rozmaitych konferencji zgłasza się ze swym nieskromnym „Marian Płachecki, SWPS”, prezydium i referent przeważnie traktują go – bo nigdy o nim nie słyszeli – jak przybłędę z ulicy.
„Legendarny” wreszcie, bo nieobecny w niczym. Nie zasiada nigdzie, o niczym nie decyduje i nie zamierza, nie macza palcy (tak, tak, on nie ma palców, on ma palcy) w niczym, co mogłoby zaważyć na trudnym rynku karier naukowych w humanistyce lub w czymkolwiek zresztą.
***
Doktor Filologii Polskiej (Instytut Badań Literackich PAN, 1980), dr hab. kulturoznawstwa (Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej, 2010). Wykładowca SWPS (od 2004).